SPORT
Źródło: weszlo.com | Dodano:

Robert Maaskant w Tuvalu: Jak holenderski trener staje się misjonarzem piłki w zagrożonym zniknięciem kraju

"Robert Maaskant: Tuvalu to przygoda! Nie otrzymuję wynagrodzenia [WYWIAD]. Robert Maaskant został ogłoszony nowym selekcjonerem reprezentacji… Tuvalu. Holendra w Polsce kojarzymy przede wszystkim z pracy z Wisłą Kraków. Pod Wawelem sięgnął po mistrzostwo i był o kilka minut od awansu z „Białą Gwiazdą” do Champions League. Jak potoczyła się jego kariera po wyjeździe z naszego kraju i jakim cudem przywiodła go aż do Oceanii? Warto nadmienić, że Tuvalu to bardzo specyficzne miejsce na mapie świata. To jeden z czterech najmniejszych, suwerennych krajów na kuli ziemskiej – mniejsze są tylko Watykan, Monako i Nauru. To wyspiarskie państewko ma raptem około 11 tysięcy mieszkańców, czyli pięć razy mniej niż np. Gniezno. Na dodatek naukowcy twierdzą, że do 2050 roku Tuvalu może… zniknąć. Wszystko z powodu stale podnoszącego się poziomu wód. To realna groźba, z jarzmem której żyją autochtoni. Piłka na Tuvalu istnieje, ale oczywiście w realiach wymuszonych specyfiką tego miejsca. Z realiami tymi zmierzy się niebawem Maaskant. *** Robert Maaskant: W podjęciu decyzji zadecydowała… przygoda! Adrian Mańko: Z dużym zaskoczeniem przyjęliśmy w Polsce fakt, że został pan selekcjonerem reprezentacji Tuvalu. Jak do tego doszło? Robert Maaskant: Poznałem obecnego dyrektora technicznego reprezentacji Tuvalu, gdy prowadziłem agencję pracy. Wcześniej był trenerem w akademii PSV Eindhoven. Planowaliśmy wspólnie rozpocząć działalność biznesową. W sierpniu zadzwonił do mnie i zapytał, czy byłbym zainteresowany pracą z reprezentacją Tuvalu. Tuvalu set very ambitious sights as new head coach is announced! https://t.co/YehLBNzMPC — Oceania Football Center (@OceaniaOFCe) October 26, 2026 W Polsce niewiele wiemy o Tuvalu. Czy w momencie, gdy usłyszał pan tę propozycję, miał pan świadomość, o jakim kraju mówimy? Czy w ruch poszły Google? Wiedziałem o istnieniu Tuvalu, ponieważ wcześniej pracowało tam dwóch holenderskich trenerów: Foppe de Haan, związany z Heerenveen, oraz Leen Looyen, który pracował w NEC Nijmegen. Proces podejmowania decyzji był długi? Tak egzotyczna propozycja może wzbudzić cały szereg wątpliwości. Rozmawialiśmy o tym projekcie trzy razy w ciągu miesiąca. To współpraca oparta na konkretnych zadaniach, a nie praca na pełny etat. Przykładowo, w styczniu pojadę tam na trzy tygodnie. Nie muszę rezygnować ze swojej pracy w mediach. Co było czynnikiem, który zdecydował? Pieniądze? Przygoda w odległym zakątku świata? A może możliwość powrotu do pracy trenera po przerwie? Przygoda! Nie otrzymuję wynagrodzenia, pokrywane są jedynie koszty podróży. Podpisał pan kontrakt na rok. Czy uzgodniliście konkretne cele sportowe, czy przede wszystkim plan rozwoju futbolu w kraju? Naszym celem jest doprowadzenie do tego, by Tuvalu zostało 212. członkiem FIFA. Musimy pokazać, że jesteśmy w stanie rywalizować z reprezentacjami należącymi do tej federacji. Czy wiąże się to z przeprowadzką do Tuvalu? Nie. Będę jeździł do Oceanii trzy razy w roku, za każdym razem na około trzy tygodnie. Połowa naszej drużyny występuje w nowozelandzkich rozgrywkach. Czego zdążył się pan już dowiedzieć o piłce w Tuvalu i szerzej – o kraju, jego kulturze, historii? Bardzo dużo! Tuvalu jest zagrożone zalaniem, jeśli poziom mórz będzie nadal się podnosił. Mieszkańcy są pozytywnie nastawieni do życia i bardzo przyjaźni. Poziom piłki nożnej się poprawia, ponieważ wielu zawodników gra w Nowej Zelandii. Obejrzałem też wszystkie programy podróżnicze poświęcone Tuvalu. W jakich warunkach przyjdzie panu budować reprezentację Tuvalu? Zakładam, że ze względu na specyfikę kraju będą one ekstremalnie trudne. Moi asystenci z Tuvalu już prowadzą treningi z zespołem na wyspie. Jest tam boisko, z którego korzystają również rugbiści. W styczniu polecę do Auckland na trzy tygodnie, żeby pracować z drużyną i rozegrać mecze. To reprezentacja Tuvalu, ale nie na Igrzyskach Olimpijskich, tylko Igrzyskach Wspólnoty Narodów 2026. Spotykają się sportowcy z całej Wspólnoty Narodów, stowarzyszenia politycznego obejmującego większość byłych terytoriów Imperium Brytyjskiego. W 2026 startowały 73 kraje i 2715 sportowców. Tarona Taafaki (pierwsza z prawej) zdobyła brąz – pierwszy w historii medal Tuvalu na takiej imprezie i rozpisywał o niej cały świat. A więc sport w tym kraju istnieje! Robert Maaskant: Jeśli zostaniemy członkiem FIFA, wszystko się zmieni Ilu zawodników ma pan realnie do dyspozycji? Czy istnieje grupa piłkarzy, na której można oprzeć drużynę, czy dopiero trzeba zbudować system obserwacji i wyłapywania talentów? Zbudowaliśmy lokalną grupę 23 zawodników z wyspy. Będą trenować z moimi asystentami. Do tego dochodzą piłkarze występujący w Nowej Zelandii. Łącznie mamy grupę około 30 zawodników, spośród których będziemy wybierać kadrę na poszczególne mecze. Tuvalu nie jest obecnie członkiem FIFA. Waszym głównym sportowym celem jest przyszłoroczny Four Nations Cup w Nowej Zelandii? Jak wspomniałem wcześniej, naszym celem jest członkostwo w FIFA. Turniej to jeden z kroków, które chcemy wykonać, aby zbudować konkurencyjną drużynę, ale to tylko droga do celu. Chyba trzeba się spieszyć z realizacją tego celu, bo naukowcy biją na alarm, że za kilkadziesiąt lat państwo może zniknąć z powierzchni Ziemi. Tak, oczywiście. Tuvalu intensywnie pracuje nad tym, by w przyszłości uniknąć zalania. Międzynarodowe zainteresowanie, które może przynieść reprezentacja narodowa, z pewnością pomoże w realizacji tego celu. Będziemy też szukać sponsorów, którym bliskie są globalne cele związane z ochroną środowiska. Czy można powiedzieć, że w tym przypadku futbol jest jedynie pretekstem do nagłośnienia znacznie ważniejszych spraw – narzędziem, które ma zwrócić uwagę świata na problemy Tuvalu? Tak, zdecydowanie. Gra w piłkę nożną to przede wszystkim dobra zabawa, ale są rzeczy ważniejsze, na które chcemy zwrócić uwagę. Czy rola selekcjonera w takim kraju jak Tuvalu obejmuje również pracę nad rozwojem całego systemu szkolenia, edukacją lokalnych trenerów i organizacją futbolu młodzieżowego? Słowem – to będzie organiczna praca u podstaw? Niekoniecznie. Wyspy są tak małe, że trudno byłoby znaleźć wielu trenerów i stworzyć rozbudowany system szkolenia. Jednak oczywiście zdecydowałem się współpracować z lokalnymi szkoleniowcami i byłymi piłkarzami, na tyle, na ile jest to możliwe. Czy bierze pan pod uwagę wariant, że pana misja na Tuvalu potrwa dłużej niż rok? Co musiałoby się stać, żeby tak było? Oczywiście! Jeśli zostaniemy członkiem FIFA, wszystko się zmieni. Wraca pan na ławkę trenerską po przerwie i po okresie pracy jako ekspert. Czy była to świadoma decyzja, czy po prostu brakowało ciekawych ofert? Uwielbiam pracę eksperta w ESPN, NOS i Sportnieuws. Prowadzę też własny podcast, do którego zapraszam znakomitych gości. Miałem kilka ofert powrotu do trenowania z różnych części świata. Przez ostatnie lata opiekowałem się jednak rodzicami. Oboje zmarli w czerwcu. To otworzyło mi możliwość powrotu do tego, co kocham najbardziej, czyli pracy trenera. Praca eksperta telewizyjnego pozwoliła utrzymywać się pod prądem i być na bieżąco z nowinkami w piłce? Tak, oglądam wiele meczów na najwyższym poziomie i muszę je analizować w trakcie gry. W telewizji zajmuję się również wyjaśnianiem taktyki. Robert Maaskant: Staram się odwiedzać Kraków raz w roku Czy największy sukces w trenerskiej karierze Roberta Maaskanta to mistrzostwo Polski z Wisłą? Trudno to ocenić. Zdobycie mistrzostwa Polski z Wisłą było oczywiście fantastycznym doświadczeniem. Ale awans do Eredivisie z bardzo małym klubem, RBC Roosendaal, być może był jeszcze trudniejszy. Podobnie jak awans do europejskich pucharów z NAC Breda – po mnie klubowi już się to nie udało. A czy największa porażka to pamiętny mecz z APOEL-em Nikozja? Byliście o minuty od Ligi Mistrzów… To wciąż boli. APOEL miał fantastyczny zespół, ale wiem, że zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, żeby wygrać. Takie jest życie. Jestem dumny z tamtej drużyny, która później dobrze radziła sobie również w Lidze Europy. Zostałem zwolniony po emocjonującym meczu z Cracovią. Miło było później, gdy piłkarze zaprosili mnie do szatni po awansie do kolejnej rundy europejskich rozgrywek. APOEL Nikozja – Wisła Kraków 2011.08.23 Cezary Wilk https://t.co/m5WibMSWw2 — Asters (@Asrtcr_DEX) January 14, 2020 Śledzi pan losy Wisły Kraków? W ostatnich latach były one mocno zagmatwane… Oczywiście! Śledzę klub chociażby na Instagramie. Staramy się też odwiedzać Kraków raz w roku. Wspaniale widzieć, że Wisła powróciła do Ekstraklasy i radzi tam sobie bardzo dobrze. Fantastycznie jest oglądać pełny stadion przy Reymonta i świętujących kibiców, gdy drużyna wygrywa. Pana kariera po okresie pracy w Polsce również była bardzo nieoczywista. Jak trafił pan na Białoruś? (Śmiech) Kariery trenera piłkarskiego nie da się zaplanować. Byłem w Salonikach, gdzie miałem podpisać kontrakt z Arisem. Negocjacje bardzo się przeciągały, aż zadzwoniono do mnie z Dynama Mińsk. Następnego dnia poleciałem na Białoruś. Przekonali mnie do podpisania kontraktu. Dynamo to naprawdę duży klub. Dla nas Białoruś – mimo że to nasz sąsiad – to spora egzotyka. Niewiele wiemy o futbolu i realiach życia tam. Jak wyglądało to na miejscu? Pytam o aspekty sportowe, ale przede wszystkim organizacyjne, a także o życie codzienne. Mińsk to duże miasto, w którym życie jest zaskakująco przyjemne. Są dobre restauracje, supermarkety i wszystko, czego potrzeba na co dzień. Dynamo było wówczas drugim klubem w kraju, za BATE Borysów. Mieliśmy nieco starszy, ale piękny ośrodek treningowy. Mimo wszystko przez cały czas towarzyszyło nam pewne dziwne uczucie związane z życiem w tym miejscu. Dało się odczuć, że to kraj, w którym nie przestrzega się standardów demokracji? Przez taki pryzmat patrzy się na Białoruś u nas. Na Białorusi widać wielkie różnice między bogatymi a biednymi. Natomiast jako trener żyłem w pewnego rodzaju bańce i ciężko mi dokładnie powiedzieć, jak wygląda codzienne życie ludzi. Robert Maaskant: Berhalter często dzwonił do mnie po radę Kilka tygodni po zakończeniu pracy w Dynamie trafił pan do USA. Jak do tego doszło? Grałem kiedyś z Greggiem Berhalterem, który często dzwonił do mnie po radę. Podczas jednej z rozmów powiedział, że szuka asystenta, który mógłby prowadzić za niego treningi. Dziś w Polsce to istotne nazwisko, bo jest trenerem Chicago Fire, gdzie gra Robert Lewandowski. Jaki to trener? Gregg bardzo poważnie podchodzi do futbolu. Zawsze jest w stu procentach przygotowany, a piłka nożna nieustannie zaprząta mu głowę. Grał w Europie i cały czas śledzi najnowsze rozwiązania taktyczne stosowane przez czołowe kluby. Gdy przyszła oferta powrotu do NAC Breda, długo się pan nie zastanawiał? W końcu to miejsce, gdzie wcześniej pracował pan przez dwa sezony z sukcesami. To wcale nie była łatwa decyzja, ponieważ bardzo dobrze pracowało mi się w MLS. Mogliśmy zostać w Stanach Zjednoczonych, ale wtedy nasze dzieci stałyby się w praktyce Amerykanami – chodziłyby tam do szkoły i zapuszczały korzenie. Powrót do Holandii byłby później znacznie trudniejszy. W NAC nie udało się jednak uratować Eredivisie. Mimo wszystko pozostał pan na stanowisku jeszcze przez kilka miesięcy. Co finalnie przesądziło o odejściu? Oczekiwania oraz prezes, który nie miał pojęcia o futbolu. W tamtym momencie, gdy zostałem zwolniony, zajmowaliśmy trzecie miejsce w lidze. Po okresie w NAC nastąpiła pierwsza dłuższa przerwa. Rynek o panu zapomniał? Nie, ale kluby, w których chciałem pracować, nie były mną zainteresowane. Z kolei ja nie byłem zainteresowany tymi, które chciały mnie zatrudnić. Oferta z Go Ahead Eagles to była przede wszystkim szansa na powrót i przypomnienie o swoim istnieniu? Bo większych szans na utrzymanie chyba nie było? To było typowe mission impossible. W tym klubie byłem najpierw piłkarzem drużyny młodzieżowej, później zawodnikiem pierwszego zespołu, asystentem, a w końcu trenerem. Pracował tam również mój ojciec, który przez osiem lat był trenerem i menedżerem. Jeśli taki klub do mnie dzwoni i prosi o pomoc, stawiam się i staram się zrobić wszystko, co w danej sytuacji możliwe. W ostatnim meczu kibice zgotowali nam owację na stojąco, doceniając pracę, którą wykonaliśmy. Na piłkarskim szlaku spotkał pan wielu świetnym graczy. W Groningen pana podopiecznym był Virgil van Dijk. Czy już wtedy było widać, że zrobi wielką karierę? Tak. Może nie było jeszcze widać, że osiągnie aż tak wiele, ale można było stwierdzić, że zostanie znakomitym piłkarzem. Na początku sezonu miał poważny problem z brzuchem, ale gdy tylko był gotowy do gry, od razu dałem mu szansę. Tamto Groningen miało zresztą jeszcze kilku ciekawych piłkarzy – Marco Bizota, Filipa Kosticia, Leandro Bacunę czy sprowadzonego z Wisły Kraków Andraža Kirma. To była ekipa na coś więcej niż siódme miejsce? Co za dziwne pytanie! Przecież zakwalifikowaliśmy się do baraży o europejskie puchary. Sezon wcześniej, mając mocniejszy zespół, klub zajął znacznie niższe miejsce. Groningen nigdy później nie zakończyło sezonu na wyższym miejscu niż za mojej kadencji. Jeśli chodzi o piłkarzy, Marco Bizot zadebiutował w trakcie sezonu, a Filip Kostić miał wtedy 18 lat i nie był jeszcze piłkarzem, którym stał się później. Uważam, że mój sztab wykonał świetną pracę, rozwijając tych młodych zawodników i pomagając im stać się dobrymi, a nawet znakomitymi piłkarzami. Wróćmy do Krakowa. Kilka lat temu w wywiadzie dla TVP Sport mówił pan, że wciąż ma ten słynny rower z mistrzowskiej fety w Wiśle Kraków. Ten, na którym jechał pan z Patrykiem Małeckim. Nadal go pan ma? Oczywiście! Jestem dumny z tego roweru (śmiech). W grudniu ukaże się książka o mnie. Na pewno znajdzie się w niej zdjęcie, na którym jestem razem z Patrykiem! Czy ma pan nadal kontakt z kimś z Wisły Kraków? I czy wyobraża pan sobie powrót do Polski w jakiejkolwiek roli? Patryk Małecki wrócił niedawno do Wisły, gra w trzecioligowych rezerwach. Świetnie wspominam czas spędzony w Krakowie. Urodził się tam nasz syn, więc tak, absolutnie mógłbym wrócić do Polski. Niestety, większość osób, z którymi utrzymywałem kontakt, odeszła już z klubu. Od czasu do czasu rozmawiam jeszcze z Jarkiem [Krzoską – przyp. red.] i Kazikiem [Moskalem – przyp. red.]. Obserwuję też na Instagramie nowego, młodego właściciela Wisły (śmiech). Na koniec: jak patrzy pan na swoją dotychczasową karierę? Moja droga trenerska była nieprzewidywalna, ale bardzo piękna. Były zwycięstwa i porażki, jak w życiu każdego sportowca. Cieszę się, że pozostawałem otwarty na różne możliwości związane z rodziną i biznesem. To właśnie one sprawiły, że moje życie stało się i nadal staje się piękniejsze. Staram się też pomagać osobom, które znalazły się w trudniejszej sytuacji, współpracując z kilkoma fundacjami. *** Starania Tuvalu o członkostwo w FIFA to nie żadna mrzonka. O szczegóły zapytaliśmy Michiela van der Werfa, dyrektora technicznego reprezentacji Tuvalu. – Istnieje szereg wymogów, które trzeba spełnić. Dotyczą one takich obszarów jak zasoby ludzkie, infrastruktura, kwestie sportowe oraz prawne. Dążymy do uzyskania pełnego członkostwa w OFC przed latem 2027 roku, ale prawdę mówiąc bardziej realny wydaje się rok 2028. W zależności od wyniku naszego spotkania z FIFA, które odbędzie się jeszcze w tym roku, będziemy mogli określić harmonogram działań prowadzących do uzyskania członkostwa w FIFA. Na pewno będziemy obecni na Kongresie FIFA w marcu 2027 roku – zapowiada van der Werf. ZOBACZ RÓWNIEŻ „Wracał na tarczy, ale się nie poddał”. Samiec-Talar błyszczy w Ekstraklasie Tan Kesler dla Weszło: Lewandowski powinien wrócić do Polski! Bielica: Kiedy Portsmouth się odezwało, oczy mi się zaświeciły [WYWIAD] Artykuł Robert Maaskant: Tuvalu to przygoda! Nie otrzymuję wynagrodzenia [WYWIAD] pochodzi z serwisu weszlo.com. Artykuł Robert Maaskant: Tuvalu to przygoda! Nie otrzymuję wynagrodzenia [WYWIAD] pochodzi z serwisu weszlo.com.."
Polecane przez InfoHub
Oferta Specjalna

Potrzebujesz dodatkowej gotówki na zakupy? Sprawdź najtańsze kredyty gotówkowe i pożyczki. Pieniądze na koncie nawet w 15 minut!

Kliknij i sprawdź polecaną ofertę

Analiza

Tuvalu, jeden z najmniejszych suwerennych państw świata, liczący zaledwie około 11 tysięcy mieszkańców, stoi przed dramatycznym wyzwaniem ekologicznym – podnoszącym się poziomem oceanów, który do 2050 roku może całkowicie zlikwidować jego istnienie. Kraj ten, położony w centralnej części Oceanii, jest nie tylko geograficzną anomalią, ale także laboratorium globalnych zmian klimatycznych. Pomimo tych trudności, Tuvalu rozwija swoją kulturę sportową, w tym piłkę nożną, która staje się narzędziem integracji i promocji międzynarodowej. W ostatnich latach kraj ten przyciągnął uwagę międzynarodowych trenerów, w tym Holendra Roberta Maaskanta, który po sukcesach w Polsce i Holandii zdecydował się na niezwykłe wyzwanie. Maaskant, znany z pracy z Wisłą Kraków oraz PSV Eindhoven, dołącza do grona międzynarodowych ekspertów, którzy próbują wzmocnić piłkarską reprezentację Tuvalu, jednocześnie stając się częścią długoterminowej strategii adaptacji społecznej i kulturowej tego zagrożonego państwa. Jego misja łączy w sobie sport, edukację i walkę z marginalizacją, co czyni ten projekt nie tylko sportowym, ale także społecznym eksperymentem na skalę globalną. Warto zauważyć, że Tuvalu, mimo swojej izolacji, stara się aktywnie uczestniczyć w międzynarodowych strukturach sportowych, takich jak FIFA i OFC, co podkreśla jego ambicje w dziedzinie rozwoju sportu pomimo ekologicznych i ekonomicznych przeszkód. Decyzja Maaskanta o pracy z reprezentacją Tuvalu jest tym bardziej znacząca, że łączy się z jego wcześniejszymi doświadczeniami w pracy z młodzieżą oraz z jego zaangażowaniem w projekty społeczne, które wykraczają poza tradycyjne ramy szkolenia piłkarskiego.

🔥 Złapane przez Łowcę Okazji
Oferta

4F Crop top treningowy na jedno ramię 4F | Anna Lewandowska - niebieski XL

59,99 zł Zniżka: -40%
Sprawdź promocję ➔

Kontekst i Tło

Decyzja Roberta Maaskanta o objęciu roli selekcjonera reprezentacji Tuvalu to nie tylko osobisty wybór, ale także sygnał dla międzynarodowej społeczności sportowej i politycznej. Jego misja może przyczynić się do podniesienia widoczności tego zagrożonego kraju na arenie międzynarodowej, jednocześnie stając się narzędziem edukacji na temat zmian klimatycznych i ich wpływu na małe państwa wyspiarskie. W perspektywie długoterminowej, projekt ten może przynieść korzyści nie tylko sportowe, ale także społeczne i ekonomiczne, poprzez wzmocnienie tożsamości narodowej i promocję Tuvalu jako partnera w globalnych dyskusjach na temat adaptacji do zmian klimatycznych. Ponadto, doświadczenie Maaskanta w pracy z młodzieżą i jego zaangażowanie w projekty społeczne mogą pomóc w stworzeniu modelu, który łączy rozwój sportowy z edukacją i integracją społeczną. W kontekście globalnym, historia Taulu i Maaskanta może stać się przykładem, jak sport może być wykorzystywany jako narzędzie walki z marginalizacją i promocji międzynarodowej współpracy. Jednakże, wyzwania logistyczne i finansowe pozostają ogromne, co może ograniczać skuteczność tego przedsięwzięcia. Warto śledzić, jak ta niezwykła współpraca wpłynie na rozwój piłki nożnej w Tuvalu oraz jakie długoterminowe efekty przyniesie dla społeczności tego zagrożonego kraju.

Komentarz Redakcji

Kiedy sport staje się misją ratunkową dla państwa, które może zniknąć z mapy, przestaje być tylko grą. Robert Maaskant nie prowadzi reprezentacji Tuvalu dla trofeów, ale dla przetrwania kultury i tożsamości. To jeden z tych przypadków, kiedy piłka nożna przekracza granice rozrywki i staje się narzędziem przetrwania. Czy jednak wystarczy, by uratować kraj przed oceanem? Czas pokaże, ale już teraz jesteśmy świadkami niezwykłej symbiozy sportu i survivalu.

ℹ️ Nota od wydawcy: Powyższy nagłówek pochodzi z oficjalnych kanałów RSS. Sekcje "Analiza" ,"Kontekst" oraz "komentarz" są generowane przez AI w celu przybliżenia tematu.
Oferta Promocyjna Polecana oferta

🔥 Podobne z tej kategorii

SPORT

Złota Piłka 2026: Jak błędy organizatorów zmieniają legendy sportu

SPORT

Martyna Kubka triumfuje w Courmayeur – polska tenisistka w rankingu WTA

SPORT

Noriaki Kasai w 2026: Legenda skoków narciarskich nadal bije rekordy wieku

SPORT

Kamil Semeniuk w Asseco Resovii: Transferowy hit, który zmienia oblicze polskiej siatkówki

⚡ Ostatnio dodane w serwisie

WIADOMOŚCI

Szafir Romanowów z 1903 roku trafi na aukcję – cena może przekroczyć 1,5 mln funtów

TECHNOLOGIE

Google i Musk w jednym dniu tracą po 500 mld dolarów – co sygnalizuje kryzys gigantów tech

ŚWIAT

Grenada w szoku: Potężna eksplozja w fabryce amunicji wstrząsnąła południową Hiszpanią

WIADOMOŚCI

Silny wstrząs w kopalni KGHM w Sierpolu – 20 sekund trzęsienia

FLASH
🔥 INFODEAL
Nowość! Złap parę z okazją cenową!
🔥 ŁOWCAOKAZJI
Bądź na bieżąco! Wszystkie najlepsze promocje w jednym miejscu!!
Łowca Okazji Aktywny Upolowaliśmy nowe promocje!