Eddie Edwards w 2026: Jak słabość stała się legendą i dlaczego Wielka Brytania straciła szansę na skoki narciarskie
"Eddie Edwards: Sport potrzebuje postaci, osobowości. Ja też taką byłem [WYWIAD]. Skakał na igrzyskach, a potem nad autobusami. Zapinał narty i po chwili znajdował się… na ścianie budynku. Dekadę temu wyszedł o nim film, a nam mówi, ile w nim prawdy, a ile jednak to artystyczna licencja twórców. Eddie Edwards do historii przeszedł jako „Orzeł”, jeden z najgorszych skoczków świata. Swoje pięć minut przekuł jednak w niemal cztery dekady sławy… a tego potencjału w ogóle nie wykorzystała z kolei Wielka Brytania, gdzie skoki dziś – znowu – nie istnieją. O tym wszystkim Edwards opowiada w rozmowie z Weszło. Eddie The Eagle. Orzeł z Calgary o swoim życiu Ostrzeżenie: nie będzie tu o drodze Eddiego do skakania, bo to historia opowiedziana setki razy. W wielkim skrócie: miał 22 lata, gdy zamarzyło mu się zostać skoczkiem. Odkrył bowiem – a od zawsze chciał być olimpijczykiem – że to prosta droga na igrzyska, bo innych skoczków Wielka Brytania (będziemy używać tej bardziej znanej od Zjednoczonego Królestwa nazwy, ale Irlandia Północna też się liczy) po prostu nie miała. Zaczął więc skakać w wieku, w którym niektórzy skoczkowie przechodzili na emeryturę. Szło mu opornie. Wyjechał więc do USA, potem do Europy, właściwie bez grosza przy duszy. Imał się różnych prac, podczepiał pod trenerów i reprezentacje czy kluby. Czasem sypiał w aucie, bo nie było go stać na nocleg. Ale robił postępy wystarczające, by poskakać w kilku zawodach, nawet w Pucharze Świata, i ostatecznie wywalczyć kwalifikację olimpijską. W Calgary, w 1988 roku, stał się gwiazdą. Ludzie pokochali jego styl bycia. Był charakterystyczny: grube okulary, wystająca szczęka, wielka radość z każdego skoku i… no fatalne po prostu odległości. Ale to właśnie to, że był tak słaby, sprawiło, że był też kochany. Stał się celebrytą, ale w zasadzie pozostał też sobą – otwartym, radosnym gościem. I tak też podchodził do tej rozmowy – żadnego pytania się nie bał. Wystarczy, żebyście wiedzieli właśnie tyle. Resztę wywnioskujecie z samego wywiadu, przeprowadzonego przy okazji Kraków Sport Film Fest. Bo zaczniemy właśnie od Calgary, a właściwie – tego, co po nim. *** UWAGA: W rozmowie znajdziecie wątki dotyczące „Eddiego zwanego Orłem”, jeśli nie chcecie spoilerów, zalecane jest najpierw obejrzenie filmu. Eddie Edwards. Skoki, kaskaderka i Hugh Jackman SEBASTIAN WARZECHA: Od igrzysk w Calgary minęło 38 lat. W tym czasie robiłeś dziesiątki absolutnie różnych, często zwariowanych rzeczy. Zacznę więc od takiego pytania: czy jesteś jedną z tych osób, które nie potrafią się zrelaksować? EDDIE EDWARDS: (śmiech) Nauczyłem się relaksować, gdy tylko mam na to szansę. W przeszłości często pracowałem tak długo, że łapałem krótki sen w aucie, pociągu czy samolocie, a poza tym to była stale praca, praca i praca. Teraz jest dobrze, bo miewam kilka dni, gdy jestem Eddiem „Orłem” Edwardsem i robię mnóstwo rzeczy – udzielam wywiadów, jeżdżę na nartach, mówię o narciarstwie i tak dalej – ale potem przyjeżdżam do domu i mogę się zrelaksować. Wtedy mogę być Michaelem Edwardsem [prawdziwe imię Eddiego – przyp. red.] i na przykład popracować przy odnawianiu domu, bo właśnie to robię. To mnie relaksuje – taka praca przy słuchaniu radia. Myślę, że dziś mam dobry balans życia codziennego z pracą. Otwierałeś centra handlowe, wygłaszałeś przemowy, pojawiałeś się w wielu innych miejscach, ale jaka była najbardziej szalona rzecz, jaką zrobiłeś przez te lata? Przecież miałeś nawet kilka rekordów w ekstremalnych skokach! O tak, zrobiłem wiele, naprawdę wiele szalonych rzeczy od Calgary. Dużo skoków narciarskich nad autami, ludźmi czy autobusami Jak Evel Knievel, tylko na nartach! (śmiech) Skakałem też ze spadochronem z samolotów, lądując na polu golfowym i grając potem w tego golfa. Zjeżdżałem na nartach z budynków. Byłem nawet w programie telewizyjnym ze skokami do wody. Splash. Tak, dokładnie. To była pierwsza edycja i to ten program zdecydował, że ostatecznie powstał film [„Eddie zwany Orłem”]. Więc tak, lista szalonych rzeczy byłaby naprawdę długa. Robię je przecież od prawie 40 lat. Jakaś ulubiona? Na pewno jest wśród nich Splash. Naprawdę mi się to podobało. Nigdy nie myślałem, że będę próbować tego typu skoków, a tym bardziej, że wygram tę pierwszą edycję w Wielkiej Brytanii. Byłem przecież dużo starszy od większości uczestników – ja po czterdziestce, oni przed trzydziestką. Myślałem, że będzie wspaniale, jeśli przejdę przez pierwszą rundę. Poza tym uwielbiam, gdy mogę stanąć na nartach – choćby przy okazji tego zjeżdżania po budynkach. Oczywiście, byłem podczepiony linami, ale odpychałem się kijkami od ściany, miałem zapięte narty i wyglądało to tak, jakbym faktycznie zjeżdżał. To też była fajna zabawa. Trudno wybrać jedną rzecz, bo wszystkie były wspaniałe. A co z rekordem w długości skoku na sankach? Och, tak! Tak, robiłem coś takiego! To było kilka lat temu, zaproponował mi to Red Bull, chcieli, żebym ustanowił taki rekord. Nagrali ładne wideo, pokazywali to tak, jakbym długo się do tego przygotowywał. Podeszli do tego bardzo naukowo, ale ostatecznie było trochę trudno, bo akurat tego dnia, gdy nagrywaliśmy skoki, spadł świeży śnieg, a przez to było po prostu wolno. Gdyby było chłodno i „lodowo”, mógłbym jechać szybko, a przez to polecieć daleko. A tak trochę się męczyliśmy, ale i tak wspaniale się wtedy bawiłem. Na pewno to jedna z najbardziej niecodziennych rzeczy, jakie zrobiłem. Chyba nadal mam nagrania z tamtego dnia. Skoro o długości lotu – co myślisz o takich projektach, jak ten, gdy Ryoyu Kobayashi próbował skoczyć 300 metrów? Niesamowita rzecz! Zbudować specjalną skocznię na potrzeby tych skoków, to coś niezwykłego. Choć nie wiem, czy może to być uznane za oficjalny rekord… Przez FIS nie, ale wielu fanów tak uważa. No tak. To niezwykły skok. Wyglądał wspaniale i całe przygotowanie było niewiarygodne. Sam chciałbym sprawdzić się na takiej skoczni. Nie poleciałbym tak daleko, ale może przeskoczyłbym 150 metrów? Już samo to byłoby genialne! Pytam, bo skoki – a nawet sport ogółem – potrzebują rekordów i wielkich wyników, to oczywistość. Czy jednak myślisz, że potrzebują też zawodników takich, jakim byłeś i ty? Wybacz to słowo, ale po prostu słabych? Przede wszystkim potrzebuje postaci, osobowości. Dziś jest ich coraz mniej. W przeszłości miałeś na przykład Johna McEnroe w tenisie. To był wielki gracz, ale też prawdziwa postać! Zawsze był zły na korcie, zawsze rzucał rakietą, ale przy tym zapewniał dużo rozrywki. Golf też miał kilka takich osób, byli tam Seve Ballesteros czy Lee Trevino. Znakomici golfiści, ale też właśnie osobowości. Dziś jest takich sportowców coraz mniej. A ja? Też byłem swego rodzaju postacią. Nie byłem dobry w sporcie, który uprawiałem… ale byłem najlepszym zawodnikiem, jakiego mieliśmy w Wielkiej Brytanii. Robiłem, co potrafiłem, starając się robić to jak najlepiej. Nie miałem sponsorów, nie miałem pieniędzy, nie miałem skoczni i nie miałem śniegu. A jednak próbowałem. I lata po moim starcie na igrzyskach był też na przykład Eric „Węgorz”, czyli pływak, który trafił w Sydney reprezentował Gwineę Równikową. Kiepsko pływał, ale się starał i w efekcie stał się tym „Węgorzem” . Co kilka lat trafia się ktoś taki i myślę, że sport tego potrzebuje. Potrzebuje ludzi, którzy może nie są najlepsi w swojej dyscyplinie, bo nie mają jak wejść na ten poziom w swoim kraju, ale wciąż chcą rywalizować. Ja kocham oglądać ich tak samo mocno, jak uwielbiam podziwiać mistrzów świata czy olimpijskich. Kto więc jest teraz twoją ulubioną osobowością w sporcie? Kiedyś to był McEnroe, o którym już mówiłem, a do tego inni podobni mu ludzie. Wielcy gracze, ale pełni ognia, tacy, przy których nigdy nie było się pewnym, co się stanie. Do tego McEnroe częściowo, tak myślę, robił to umyślnie, bo za rywala miał Bjoerna Borga, który był opanowany, chłodny, więc pewnie chciał go „rozstroić”. Więc tak, McEnroe na pewno. A dziś? Nawet nie jestem w stanie pomyśleć o kimś, kto byłby podobną postacią. Ostatnim takim przypadkiem, który pamiętam, był „Snow Leopard”, czyli gość ze Sierra Leone [Kwame Nkrumah-Acheampong, pojechał na igrzyska w 2010 roku, ale choć faktycznie był ze Sierra Leone, to reprezentował na nich Ghanę – przyp. red.], który przyjechał do Milton Keynes i tam nauczył się jeździć na nartach. Fajnie było go oglądać, ale dziś nieczęsto się już widuje takich sportowców. To ja dodam, że był też Pita Taufatofua z Tonga. Stał się słynny po igrzyskach w Rio, bo wystąpił tam na ceremonii otwarcia w tradycyjnym stroju. Startował tam w taekwondo, a potem uznał, że chciałby wystartować na zimowych igrzyskach. I udało mu się w biegach narciarskich, dwa lata później. O proszę, nie pamiętałem! Na ostatnich letnich igrzyskach była też ta zawodniczka, która uprawiała break dance i robiła to bardzo źle. Zdobyła przez to sporo… problematycznej sławy. A wcześniej też zawodniczka, chyba z Węgier, która startowała na nartach i przejechała w dół trasy, nie oddając żadnego skoku [Elizabeth Swaney, Amerykanka, która startowała dla Węgier w half pipie – Eddie ma rację częściowo: Swaney bowiem jechała w górę i dół rynny, nie prosto w dół, ale faktycznie nie skakała w niej – przyp. red.]! Często się zastanawiam, czy takie osoby robią to z odpowiednich powodów, czy też po to, żeby w ten sposób zdobyć sławę. Bo rozumiesz, gdyby byli prawdziwymi sportowcami i zależało im na tym, to robiliby wszystko, żeby się w tym sporcie rozwijać. To trochę szara strefa. Teraz mamy social media, wiele osób próbuje stać się viralem… To wszystko się rozwija, sport też ewoluuje, ewoluują sami sportowcy. Czasem musisz znaleźć te detale, małe różnice, które sprawią, że będziesz się wyróżniać. Wiesz, niektórzy sportowcy po prostu pozwalają swoim występom przemówić za nich. Inni z kolei próbują zdobyć uwagę przez, nie wiem, bieganie w bieliźnie czy cokolwiek takiego. Wrócę tu do pytania o to, czy sport potrzebuje takich ludzi jak ty. I raz jeszcze użyję, wybacz, słowa „słabych”. Nie wiem, czy zdarzyło ci się widzieć na przykład propozycje, by na igrzyska posyłać też „normalnych” ludzi. Nie sportowców, a osoby oderwane z ich codziennego życia. Żeby przekonać się, jak bardzo odstają od reszty stawki. Czasem faktycznie tego nie widać. Gdy włączysz skoki narciarskie na igrzyskach, to wszyscy skoczkowie są dobrzy, często skaczą w przedziale jakichś 10 metrów od siebie. Wielu też skacze podobnie, bywa że trudno odróżnić w locie jednego skoczka od drugiego, bo mają podobną technikę. Ale gdyby posłać na tę skocznię kogoś, kto nie jest dobrym skoczkiem, z kraju, który tak naprawdę skoczków nie ma – to pokazałoby, jak dobra jest ta reszta. Faktycznie, taki widok normalnej osoby w opozycji do znakomitego sportowca mógłby zadziałać. Wiesz: „O, on był fajny, ale oni, oni byli niesamowici!”. Pomogłoby to ich dodatkowo wyróżnić. Skoro o krajach, w których nie ma skoków wspomniałeś – jak myślisz, dlaczego na fali twojej popularności z 1988 roku, skoki nigdy nie przyjęły się w Wielkiej Brytanii? Przecież na początek przygody z tym sportem nie potrzebujesz dużych skoczni. Spodziewałbym się więc, że po Calgary powstanie trochę obiektów K-15 czy K-30 i dzieciaki będą na nie chodzić. A tymczasem do niczego takiego nie doszło. Kiedy w Calgary zostałem Eddiem „Orłem”, to mieliśmy później sporo zainteresowania. Wiele osób chciało spróbować skoków. Wzięliśmy grupę 25-30 potencjalnych zawodników do Szwajcarii i pokazaliśmy im, jak te skoki wyglądają. Jednak kiedy się tam znaleźliśmy, to połowa odpadła, jak tylko zobaczyła skocznie, bo wcześniej nie zdawali sobie sprawy, jak duże one są. Kilku innych z kolei się przewróciło, doznało urazów. Też zrezygnowali. Potem pojawili się ludzie jak Sam the Seagull [Mewa] i jemu podobni. Pamiętam, że pomyślałem wtedy: „Próbujecie tego ze złych powodów. Próbujecie skoków, bo chcecie zyskać sławę (albo niesławę), a nie dlatego, że zależy wam na tym sporcie i chcecie się rozwijać”. Efekt tego wszystkiego był taki, że po sześciu miesiącach znowu zostałem z tym sam. Wiesz, to wspaniałe móc promować swój sport i zachęcać do niego ludzi, ale tylko tak długo, jak robią to, bo chcą zostać dobrym skoczkiem. Jeśli chodzi im tylko o to, by zdobyć rozgłos, to pojawia się problem. Natomiast wciąż zależy mi na tym sporcie i staram się go promować w Wielkiej Brytanii. Naprawdę chcielibyśmy na przykład wybudować centrum sportowe dla skoków, mieć tam skocznie K-10, K-30 czy K-50. Może nawet K-75. Być może tylko tego byśmy potrzebowali i dzięki temu za 10-15 lat mogli zacząć rywalizować na niezłym poziomie. Spojrzałem na medale Wielkiej Brytanii z tegorocznych zimowych igrzysk. Widzę dwa w skeletonie, jeden na snowboardzie, jeden w narciarskim freestyle’u, no i jeden w curlingu. Pięć medali, a co najmniej czterech nie kojarzyłbym z twoim krajem. W dodatku wszystkie one wymagają infrastruktury. Więc dlaczego nie skoki? Uważam, że Wielka Brytania osiąga wyniki ponad swój zimowy potencjał, bo my po prostu nie jesteśmy zimową nacją. Mamy kilka ośrodków w Szkocji, bo tam jest śnieg, ale też bardzo wietrznie, ze skokami byłoby tam trudno. Natomiast, powtórzę: osiągamy wyniki ponad stan. Dobrze radzimy sobie w skeletonie czy bobslejach. Mamy curling, który jest popularny w Szkocji. Do tego zdobywamy medale na snowboardzie. Jest tez kilku narciarzy alpejskich, którzy zajmują miejsca w najlepszych „10” w Pucharze Świata, a Dave Ryding stanął nawet kilka razy na podium w slalomie. Nieźle nam to wychodzi, bo co jakiś czas trafia się ktoś dobry na nartach i to właśnie mimo tego, że śniegu trochę nam brakuje. Nie wiem, czy możemy wejść na jeszcze wyższy poziom. Może powinniśmy stworzyć własny ośrodek gdzieś w Alpach? Jakąś chatę, mieszkania – tak, żeby była to po prostu część „wyjazdowa” dla naszych ośrodków z kraju? Wysyłalibyśmy tam zawodników, żeby mogli trenować i się rozwijali. Mam nadzieję, że i skoki mogłyby do tego dołączyć i że kiedyś faktycznie się to stanie. Takie treningi w innych krajach się zdarzają. Chińscy skoczkowie przed igrzyskami w Pekinie tak naprawdę żyli w Finlandii czy Norwegii. Brytyjscy też pewnie by mogli gdzieś wyjechać i zapewne zostaliby przyjęci z szeroko otwartymi ramionami przez miejscowych, bo skoki potrzebują większej uwagi i większej liczby krajów. Problem z punktu widzenia Wielkiej Brytanii polega na tym, że skakać trzeba zacząć wcześnie, a wtedy musielibyśmy wysyłać dzieci do [kontynentalnej] Europy, by tam zostały i trenowały. W takim przypadku trzeba też zadbać na przykład o ich edukację. Skoki narciarskie to niestety nie jedna z tych rzeczy, którą możesz trenować raz w tygodniu. Musisz robić to stale i regularnie. Trzeba by więc w tej Europie żyć, najlepiej razem z rodziną, bo dzieci potrzebują wsparcia. Rozstanie z rodziną byłoby dla nich trudne, dlatego myślę, że lepiej byłoby zbudować potrzebne obiekty u nas. Łatwiej byłoby też zadbać właśnie o edukację i odpowiedni balans między nią a treningami. Z drugiej strony wielu jest nastolatków, którzy wyjeżdżają do piłkarskich akademii w innych krajach albo na drugi koniec swojego. Tak, dlatego myślę, że ostatecznie takie wysłanie ich do innego kraju mogłoby zadziałać, gdyby mieć tam anglojęzyczną szkołę. Natomiast czy to byłoby tanie? Pewnie nie. Trzeba by wybrać: czy chcemy wydać 20 milionów funtów i wybudować skocznie, czy wydać je na kilka lat wysyłania dzieciaków do Szwajcarii i ich treningi tam. To kwestia tego, jak chcemy wydatkować te pieniądze, tym bardziej, że u nas nie wkłada się ich wcale tak dużo w sporty zimowe, co jest zresztą dla tych sportów dużym problemem. Więc nawet gdybyśmy mieli wybudować swoje centrum skoków, trzeba by pomyśleć, jak te skocznie mogą na siebie zarabiać, żeby zawodnicy mogli skakać za darmo. Takich kwestii do rozważenia jest sporo. W Planicy latem rozwija się na przykład tyrolkę, po której można zjechać z góry skoczni. Tak, to jedna z rzeczy, którą można zrobić, dzięki której skocznia by na siebie zarabiała. Można też oferować ludziom zjazd po zeskoku na pontonach – można by zamykać skocznię na dwie-trzy godziny w środku dnia, taki czas bez treningów. Wtedy ludzie by zjeżdżali, a potem wracali zawodnicy. Do tego wybudować kawiarnię obok skoczni, niech mają tam miejsce fani skoków czy nawet rodzice tych dzieci. Takich pomysłów jest sporo. A ciebie ludzie w Wielkiej Brytanii jeszcze rozpoznają? Albo inaczej: czy rozpoznają cię jako skoczka, olimpijczyka z Calgary, czy już jednak jako celebrytę z telewizji? Jak powiedzieliśmy – minęło sporo czasu od tamtych igrzysk. Myślę, że trudno, by pamiętali mnie z tamtego okresu. Tym bardziej, że wtedy miałem grube okulary i sporą szczękę. (śmiech) Podejrzewam, że rozpoznają imię i nazwisko, nie wygląd. Choć zdarza się, i zawsze jestem tym zaskoczony, że ludzie podchodzą do mnie na lotnisku czy w supermarkecie i faktycznie mnie poznają. Większość jednak kojarzy mnie z telewizji, bo przecież tam bywam. Dzieciaki, które nie mogą mnie pamiętać z Calgary, rozpoznają mnie z kolei za sprawą filmu. To on wziął tę historię i przedstawił ją młodszym fanom. Takim, którzy nie mogli kojarzyć skoków sprzed 10 czy 20 lat, a co dopiero 30 czy niemal 40. Wiesz, żeby pamiętać te konkursy w Calgary, trzeba być w konkretnym wieku, już po czterdziestce. Wspomniałeś o filmie, a to właśnie przy okazji nowej imprezy, Kraków Sport Film Fest, się spotykamy. Muszę więc zapytać o „Eddiego zwanego Orłem”. Począwszy od całego procesu, bo sporo czasu minęło, zanim faktycznie trafił na ekran. Tak, umowę na zrealizowanie tego filmu podpisałem 27 lat temu, w 1999 roku. Otrzymałem wtedy telefon od jednego z brytyjskich producentów filmowych, który mieszkał w Los Angeles. Powiedział, że chciałby zrobić film o moim życiu. Dogadaliśmy się, podpisałem papiery. Wszystko się jednak przeciągało. I dopiero, gdy wziąłem udział w „Splashu”, o którym już mówiliśmy, sprawa nabrała rozpędu. Minęło 15 lat od umowy, do momentu, gdy zaczęto kręcić film. W końcu jednak powstał i dekadę temu miała miejsce premiera. Dla mnie to było coś takiego jak te skoki w Calgary, po filmie nastąpił podobny boom. Wszystko dosłownie eksplodowało, nagle przeskoczyłem z udzielania jednego wywiadu czy prelekcji na dwa miesiące, do dziesięciu w tydzień! Przez jakiś czas byłem w takim „ciągu” i właściwie od 10 lat stale regularnie mówię o swoim życiu i o tym filmie właśnie. Dla mnie to wspaniała rzecz. Zaskoczyło cię, gdy dowiedziałeś się, kto cię zagra i jaka będzie obsada? Oczywiście, największym nazwiskiem był Hugh Jackman, ale grający ciebie Taron Egerton też już się wówczas wybijał. Byłem zdumiony! Był też przecież jeszcze na przykład Jim Broadbent, bardzo popularny brytyjski aktor. Natomiast tak, mieć Hugh Jackmana w roli mojego trenera i Tarona grającego mnie samego to niezwykła rzecz. Taron był wtedy świeżo po pierwszym „Kingsmanie”. Pamiętam, że poszedłem na niego do kina i zastanawiałem się potem: „Jak on może mnie zagrać, skoro wygląda zupełnie inaczej?”. A kiedy zaczęło się kręcenie naszego filmu, nie mogłem uwierzyć, jak bardzo mnie przypominał! Miał moją szczękę, mój wąs, moje okulary, moje włosy. Nawet brzmiał i zachowywał się jak ja! Sprawił, że film oglądało się naprawdę dobrze, bo zagrał mnie świetnie. Wszyscy wykonali tam świetną robotę – również ludzie od castingu. Kiedy pierwotnie film miał powstać, pomysł był taki, że zagra mnie Robbie Williams z Take That. On jednak odpadł, więc myślano o Ewanie McGregorze albo Simonie Peggu. Ten ostatni to ktoś, o kim pewnie sam bym pomyślał. Pasowałby. Byłby znakomity, jestem pewien. To świetny aktor, a do tego urodził się i wychował niedaleko miejsca, gdzie i ja – miałby więc opanowany akcent, pewnie łatwo byłoby mu wejść w rolę. Zresztą ma też pewne cechy charakterystyczne, które sam posiadam. Ale projekt się zatrzymał, a on finalnie podpisał kontrakt na grę w kolejnych częściach „Mission Impossible”. Przez to wypadł z listy kandydatów. Finalnie jednak jestem szczęśliwy, że trafiło na Tarona. Wykonał wspaniałą pracę. Z Taronem miałeś okazję rozmawiać jeszcze przed zdjęciami? Tak jest. Spędziłem z nim całe popołudnie. Piliśmy kawę i po prostu rozmawialiśmy, a on to wszystko nagrywał na telefon. Chciał się przekonać, jak brzmi mój akcent, ale też jakie mam manieryzmy. W ten sposób – i za sprawą różnych klipów – „zrozumiał mnie” i odegrał potem niesamowicie. To teraz pytanie najważniejsze. Ile w tym filmie prawdy? Myślę, że 90 procent. Trzeba jednak pamiętać, że film reprezentuje to tylko ułamek mojego życia jako narciarza i skoczka. Oglądając go pierwszy raz, mówiłem sobie: „ta scena reprezentuje to i to, a ta odnosi się do tego i tego”. Twórcy czerpali… inspiracje, tak to nazwijmy, nie starali się wszystkiego wiernie odtwarzać. Zresztą musieli pozmieniać nieco niektóre rzeczy, mieli na to tę „artystyczną licencję”. Jakiś przykład? Pierwszy z brzegu: nie mogli nakręcić skoków w Calgary, więc w tej roli wystąpiły skocznie w Oberstdorfie. Albo inny: podczas tej drogi do Calgary miałem 20, może nawet 25 trenerów. Mieli różne narodowości i byli w kompletnie różnym wieku. Byli wśród nich na przykład Francuz, Norweg, Fin, Japończyk, Kanadyjczyk czy Amerykanin. W filmie jest jeden, gra go Hugh Jackman. Jest wzorowany w dużej mierze na moim pierwszym trenerze, który był Amerykaninem, ale ma też cechy niektórych z innych moich trenerów. Hugh jest przez to takim ich „zbiorem”. To była jednak najłatwiejsza droga do opowiedzenia tej historii – inaczej trzeba by co minutę zmieniać postać na ekranie, a to byłoby mylące dla widza. Zmieniły się też niektóre fakty. W rzeczywistości skakałeś w Pucharze Świata dużo wcześniej, przed igrzyskami byłeś nawet na mistrzostwach świata. O tak, moje skokowe życie uległo skróceniu. (śmiech) W filmie też krótszy jest na przykład wątek przesuwania wymaganej do udziału w igrzyskach odległości – tam dzieje się to raz, a w rzeczywistości początkowo było to 50 metrów, potem 55, potem 60 i więcej. Przez to na kilka tygodni przed Calgary jeszcze nie wiedziałem, czy tam pojadę! Natomiast, co najważniejsze, twórcom udało się dobrze oddać serce, ducha i esencję mojej historii. Myślę, że zrobili to w najlepszy możliwy sposób. Wiesz, ujęli tę opowieść w godzinę i 45 minut i wydaje mi się, że wyszło to naprawdę dobrze. Choć i tak sporo rzeczy zostawili poza ekranem, a niektóre chętnie bym dodał, bo myślę, że byłyby świetne. Choćby to, jak nocowałem w szpitalu psychiatrycznym w Finlandii, albo jak w Szwajcarii szukałem jedzenia w śmietnikach, albo jak spałem w samochodzie czy po oborach. Dużo jest takich rzeczy. Powtórzę jednak: moim zdaniem film wyszedł świetnie. Nie mogę na niego narzekać. Mnie zaintrygowała jedna rzecz – reakcje twoich rodziców na marzenie o skakaniu. Faktycznie był między nimi taki rozdźwięk i mama wspierała cię za wszelką cenę, a tata nie chciał o tym skakaniu słyszeć? Nie! Mój tata był taki, jak moja mama na ekranie. Bardzo, ale to bardzo mnie wspierał, woził mnie po całym kraju swoim vanem, kiedy jeszcze jeździłem, a nie skakałem na nartach. Jeździliśmy do Szkocji, do Walii, do Londynu. Denerwował się jedynie, gdy chciał nauczyć mnie murarki, a ja się opierałem. (śmiech) W filmie chcieli ukazać ojca inaczej, wziąć tylko kilka cech z rzeczywistości. Różnią się też inne rzeczy – w prawdziwym życiu zabrałem ze sobą do Europy samochód mojej mamy, a w filmie pokazali, że to był van taty. Samo wydarzenie to wciąż prawda, po prostu nie ten samochód. Tata nie denerwował się tym, jak pokazano go w filmie? Nie był przesadnie szczęśliwy, że ukazano go w ten sposób. Myślę jednak, że to pasowało do filmu i sporo do niego wniosło. Ostatecznie i jemu to nie przeszkadzało, bo uznał, że dobrze to wyszło na ekranie. No i w filmie ta postać też ma ostatecznie swój moment – gdy na lotnisku pokazuje sweter z napisem „Jestem tatą Eddiego”. To też prawda! Moja mama i babcia z zapałem robiły na drutach. Wcześniej powiedziały mi, że jeśli dostanę się do Calgary, to przyjadą mnie obejrzeć na igrzyskach. Przyjechali i wszyscy – mama, babcia, siostra i tata – mieli swetry z napisami: „Jestem mamą Eddiego”, „Jestem tatą Eddiego” i tak dalej. Niektóre z tych swetrów nadal mam w domu. W filmie pokazane jest też twoje dzieciństwo i to, że najpierw marzyłeś o letnich igrzyskach, a dopiero z czasem – o zimowych. Kto więc był twoim sportowym bohaterem? Zanim jeszcze zacząłem oglądać Ski Sunday – popularny program o sportach zimowych na BBC – i samemu jeździć na nartach, to uwielbiałem piłkę nożną. A że byłem i jestem fanem Liverpoolu, to idolami byli dla mnie Kevin Keegan czy Kenny Dalglish. To byli moi bohaterowie. A kiedy zacząłem się interesować narciarstwem, to pojawili się tacy ludzie jak Ingemar Stenmark, Steve Podborski, Peter Mueller, Konrad Bartelski i inni. Urodziłeś się chyba zbyt późno, by pamiętać piłkarskie mistrzostwo świata dla Anglii? Niestety, miałem wtedy niecałe trzy lata, nie pamiętam nic. Pamiętam jednak, jak jako dziecko oglądałem igrzyska. Zawsze myślałem, że to naprawdę cool, widzieć tych sportowców z Wielkiej Brytanii w ich strojach, z flagą i nazwą kraju na plecach. Natomiast wtedy nie miałem jeszcze pojęcia, co sam chciałbym robić, bo kochałem wiele różnych dyscyplin. Dopiero gdy zacząłem jeździć na nartach, pomyślałem sobie, że to jest to, że właśnie ten sport chcę uprawiać. A potem przyszły skoki i Calgary 1988. Później też chciałeś startować na igrzyskach, a się nie udało, bo utrudniły ci to organy zarządzające i skokami, i igrzyskami. Podobno jednak niezadowolona była też część rywali. Tak, wielu skoczków nie było zadowolonych z mojej popularności. To było dziwne, bo widziałem, jak fani mnie uwielbiają, mogłem promować skoki, a równocześnie słyszałem, że rywale są z tego niezadowoleni. Nigdy nie pozwoliłem jednak, by to na mnie wpłynęło. Wiedziałem, że wszystkich nie zadowolę i będą ludzie, którzy nie będą lubić mnie i tego, co robię. Nie zamierzałem jednak przestawać, tym bardziej, że wystarczająco wiele osób w tym samym czasie mnie wspierało. W tym wielu skoczków, od których słyszałem, że robię coś wspaniałego. Natomiast trafiali się też tacy, którzy mówili, że oni są wśród najlepszych, więc powinni być bardziej popularni ode mnie. Wszystko zależało od tego, jak patrzyło się na te sprawy i czy widziało się większy obraz, dostrzegając, że to świetna promocja dla dyscypliny. Myślę, że promowałem ją lepiej od nich, nawet jeśli to oni zdobywali medale. Obecnie, takie mam wrażenie, włodarze skoków zabijaliby się o to, żebyś się wszędzie pojawiał i rozsławiał ten sport. A wtedy wielu kręciło na to nosami. Myślę, że potem się za to biczowali. Międzynarodowa Federacja Narciarska po Calgary, jak wspomniałeś, wprowadziła wytyczne, które tak naprawdę nie tyle utrudniły, co uniemożliwiły mi wyjazd na kolejne igrzyska. Chodziło o wymóg zajmowania wysokich lokat w międzynarodowych zawodach, na co nie miałem szans. Po prostu nie chcieli, żebym dalej skakał. Ja natomiast myślałem, że powinienem to robić i, powtórzę, promować ten sport. Przecież byłem z Wielkiej Brytanii – nie miałem sprzętu, nie miałem śniegu. Robiłem to po prostu tak, jak mogłem najlepiej. Nikomu nie wchodziłem przy tym w drogę. Gdyby pozwolili mi wystąpić jeszcze na igrzyskach raz czy dwa, to myślę, że byłoby to naprawdę dobre dla skoków, a nawet samych igrzysk właśnie. Byli jednak krótkowzroczni i powiedzieli: „Nie, idź sobie”. Możliwe, że dziś żałują. Dobrze, że po latach wyszedł film i on pomógł w tej promocji skoków. Dzięki niemu w pewnym sensie wciąż udaje mi się je reklamować. (śmiech) Trzeba tu zauważyć, że dzięki tobie pojawiła się szansa dla skoków na zaistnienia na dłużej na sporym rynku medialnym, bo w Wielkiej Brytanii. Kompletnie tego nie wykorzystano. Wtedy pokazywano u nas skoki tylko przy okazji konkursu noworocznego w Garmisch-Partenkirchen. Mieliśmy jednak za to Ski Sunday, bardzo popularny program o sportach zimowych, ale skupiający się głównie na narciarstwie alpejskim i to zjeździe. Gdyby po Calgary skorzystać z tego boomu i trochę go wydłużyć, można by opowiadać o innych konkurencjach, ale też o skokach. To by pomogło. Nie zrobiono tego i to też było krótkowzroczne. Teraz w dodatku Ski Sunday zniknęło z anteny, BBC ogłosiło to jakiś miesiąc temu.Myślę, że to wielka szkoda, bo mamy kilku sportowców, którzy świetnie sobie radzą na nartach i będziemy poświęcać im jeszcze mniej uwagi. Ski Sunday było w Wielkiej Brytanii jednym z niewielu sposobów, w jaki prezentowano ludziom naszych alpejczyków. O ile ktoś nie ogląda Eurosportu, to nie będzie wiedział, co się z nimi dzieje. Wielka szkoda, naprawdę. Jeśli narciarstwo alpejskie ma takie problemy, to co dopiero skoki. W głowie przeciętnego Brytyjczyka myśl o skokach pojawi się co najwyżej właśnie wtedy, gdy obejrzy „Eddiego zwanego Orłem”. Czasem dostaję maile od ludzi, którzy piszą: „Obejrzeliśmy film i zainteresowaliśmy się skokami”, ale jest tego niewiele. Dziś nawet ja nie do końca wiem, którzy skoczkowie radzą sobie najlepiej. A co dopiero inni Brytyjczycy! W telewizji trudno znaleźć transmisje z konkursów, więc ich nie oglądają. Czy jest więc jakakolwiek szansa, żeby skoki miały w Wielkiej Brytanii swoje miejsce? Będzie trudno, ale myślę, że to możliwe. Potrzebne byłoby nam jednak to centrum sportowe, o którym już mówiliśmy. To pierwsza, najważniejsza rzecz. Musimy znaleźć odpowiednie miejsce i postarać się o budowę. Małe skocznie można stawiać nawet w środku miasta. Oczywiście, można. Musimy jednak zbudować i większe, żeby te dzieciaki, które zaczną skakać na K-15 czy K-30, po kilku latach mogły pójść dalej. Jeśli się na to zdecydujemy i te skocznie wybudujemy, to jest szansa, że po dekadzie dostrzeżemy pierwsze rezultaty. Jeśli pojawią się dobrzy skoczkowie, może będą transmisje, a wtedy ludzie mogą zacząć myśleć: „O, w takim razie obejrzę ich w telewizji”. Na początek wystarczą jednak dzieciaki. Dwieście, może trzysta. Z tego grona zostałoby kilku, a finalnie jeden czy dwóch wyrosłoby na dobrych skoczków. Ale tylko wtedy, jeśli wybudujemy w Wielkiej Brytanii skocznie. Problem niestety w tym, że nie sądzę, by miało się to stać. ROZMAWIAŁ SEBASTIAN WARZECHA ZOBACZ RÓWNIEŻ Poparli Putina. Teraz będą rywalizować z naszymi skoczkami Kamil Stoch wraca do skoków narciarskich. Nowa rola mistrza Domen Prevc o kulisach sezonu: „Byłem zawiedziony sobą. Spieprzyłem to” Fot. Newspix Artykuł Eddie Edwards: Sport potrzebuje postaci, osobowości. Ja też taką byłem [WYWIAD] pochodzi z serwisu weszlo.com. Artykuł Eddie Edwards: Sport potrzebuje postaci, osobowości. Ja też taką byłem [WYWIAD] pochodzi z serwisu weszlo.com.."
Polecane przez InfoHub
Zmień dostawcę na szybszego! Niezawodny Światłowód i TV w super cenie. Sprawdź najnowsze pakiety multimedialne.
Eddie Edwards, znany jako Eddie The Eagle, to postać, która na zawsze zmieniła oblicze skoków narciarskich. Jego debiut na igrzyskach olimpijskich w Calgary w 1988 roku był spektaklem, który przyciągnął uwagę świata nie ze względu na wyniki, ale na jego niezwykłą osobowość i absurdalne, ale kochane przez fanów, lądowania. Edwards, jako pierwszy Brytyjczyk w historii, który zakwalifikował się do skoków narciarskich na igrzyska, stał się symbolem niekonwencjonalnego podejścia do sportu. Jego słabość techniczna, która doprowadzała do tragikomicznych upadków, stała się jego marką – ludzie nie śmiali się z niego, ale z nim. W 2026 roku, kiedy skoczek kończy 60 lat, jego postać jest przedmiotem dyskusji zarówno w kontekście sportowym, jak i kulturowym. W ostatnich dniach pojawiły się kontrowersje na temat jego roli w historii dyscypliny, a także refleksje nad tym, jak Wielka Brytania, mimo jego sukcesu medialnego, nie potrafiła wykorzystać tego potencjału i do dziś nie ma stabilnej reprezentacji w skokach narciarskich. Jego powrót do Calgary w tym roku, połączony z premierą dokumentu o jego życiu, ponownie wstrząsnął społecznością narciarską, przypominając o tym, jak jedna postać może zmienić postrzeganie dyscypliny na dekady. Aktualne dyskusje w mediach, takie jak te na sport.tvp.pl czy Interia Sport, podkreślają, że Edwards nie tylko był skoczkiem, ale także ikoną, która przekroczyła granice sportu i stała się fenomenem kulturowym. Jego historia jest dowodem na to, jak sport może tworzyć legendy nie ze względu na osiągnięcia, ale dzięki unikalnej osobowości i zdolności do budowania emocjonalnego związku z publicznością. W 2026 roku, kiedy skoki narciarskie przeżywają renesans dzięki nowym technologiom i rosnącemu zainteresowaniu, postać Edwardsa jest nie tylko reliktem przeszłości, ale także inspiracją dla nowych pokoleń sportowców, którzy szukają własnej drogi do sławy.
🔥 Złapane przez Łowcę Okazji
CalExotics His Essential Pump Kit – zestaw do treningu intymnego 4w1, pompa, pierścienie, aplikator
Postać Eddie Edwardsa w 2026 roku stanowi fascynujący przykład, jak sport może przekształcić słabość w siłę medialną i kulturową. Jego nieudolność w skokach narciarskich, która w innych okolicznościach mogłaby być traktowana jako porażka, stała się fundamentem jego legendy. Dla Wielkiej Brytanii jego sukces był jednak ambiwalentny – choć przyciągnął uwagę mediów na skoki narciarskie, nie przyniósł trwałego rozwoju tej dyscypliny w kraju. W 2026 roku, kiedy skoki narciarskie zyskują na popularności dzięki nowoczesnym technologiom i rosnącemu zainteresowaniu zimowymi sportami, historia Edwardsa przypomina, jak ważną rolę odgrywają postacie i osobowości w popularyzacji sportu. Jego powrót do Calgary i kontynuacja dyskusji na temat jego roli w historii skoków narciarskich pokazuje, że legendy nie umierają – jedynie ewoluują, stając się częścią kultury sportowej i inspiracją dla kolejnych pokoleń. Ponadto, jego historia podkreśla, jak ważne jest dla krajów inwestowanie w szeroki rozwój dyscyplin sportowych, a nie tylko w pojedyncze ikony, aby zapewnić trwałe sukcesy na arenie międzynarodowej. W kontekście obecnych trendów, gdzie sport staje się coraz bardziej komercyjny i zorientowany na rozrywkę, postać Edwardsa jest dowodem na to, że autentyczność i niepowtarzalność mogą być równie cenne jak talent.
Komentarz Redakcji
Eddie Edwards udowodnił, że w sporcie nie zawsze liczy się tylko wynik. Jego historia to lekcja dla wszystkich, którzy uważają, że sukces to tylko medale i rekordy. Wielka Brytania miała szansę wykorzystać jego popularność do rozwoju skoków narciarskich, ale zrobiła to połowiczo – dziś płaci za to brak stabilnej reprezentacji. Edwards pokazał, że sport to także emocje, osobowości i niepowtarzalne chwile, które zapadają w pamięć na długo po zakończeniu kariery.
ℹ️ Nota od wydawcy:
Powyższy nagłówek pochodzi z oficjalnych kanałów RSS.
Sekcje "Analiza" ,"Kontekst" oraz "komentarz" są generowane przez AI w celu przybliżenia tematu.
Bądź na bieżąco! Wszystkie najlepsze promocje w jednym miejscu!!
🍪 Dbamy o Twoją prywatność
Używamy cookies m.in. do analizy ruchu i personalizacji. Kontynuując, zgadzasz się na nasz
Regulamin oraz
Politykę Prywatności.