Stan Wawrinka: Jak wielki mistrz tenisowy zmieniał grę i pożegnał się z kortem
"Zagraj to jeszcze raz, Stan. Są tacy tenisiści, których nie chce się oglądać po raz ostatni. Choćby mieli tkwić w trzeciej setce w rankingu i na kort wchodzić od czasu do czasu – po prostu pragnie się zobaczyć jeszcze raz trochę tej ich tenisowej magii. Stan Wawrinka, choć niekoniecznie z tą magią z miejsca się kojarzy, jest jednym z nich. Szwajcar już za moment rozpocznie ostatni turniej (a może i ostatni mecz) w karierze. Karierze wielkiej, większej, niż teoretycznie mu przysługiwała. Tak więc: zagraj to jeszcze raz, Stan. Niech to będzie piękny koniec. Spis treści Stan Wawrinka kończy karierę. O tenisiście wielkich momentów Kraciaste spodenki Najlepszy w historii? Bohater ludowy Tenisowa miłość Stan Wawrinka kończy karierę. O tenisiście wielkich momentów Na starcie trochę prywaty. Pamiętam, kiedy pierwszy raz na poważnie zainteresowałem się postacią Stana Wawrinki. To był 2007 rok, zacząłem oglądać tenis wraz z Australian Open z początku tego samego sezonu. Z miejsca zakochałem się – pewnie pomogło, że wygrał – w tenisie Rogera Federera i odkochanie nigdy nie nastąpiło. Niespełna 11-letni dzieciak zobaczył kogoś, kto na korcie potrafił wszystko, pełnego elegancji, maestrii. Znalazł tenisowego idola, po prostu. Pół roku później ten sam dzieciak dowiedział się, że jest… i inny Szwajcar. Młodszy o cztery lata, ale też z jednoręcznym backhandem, potrafiący zagrać nim magicznie. W zupełnie inny sposób, bo nie było tu tej federerowej maestrii, za to była pewna prostota, działająca idealnie na zasadzie kontrastu. Magia Wawrinki wynikała nie z całej jego persony, a z tego, że po prostu odgrywał te piłki w sposób, który momentami wydawał się nieprawdopodobny. Równocześnie jednak – często zgubny. Był Stan (wtedy jeszcze Stanislas!) zbyt nierówny, jakby za bardzo wierzył, że zawsze wyjdzie mu to, co chce na korcie zrobić. I faktycznie były takie turnieje, w których wychodziło. Tyle że to nawet nie co druga, a co piąta, dziesiąta, czasem i dwudziesta impreza, w której brał udział. Nie dziwi, że te jego rankingowe przeskoki nigdy nie były ogromne – w wieku 20 lat przebił się do najlepszej setki. Pięćdziesiątkę, mimo niezwykłego talentu, złamał jednak rok później. Dopiero rok później. W 2007 roku, przy okazji turnieju w Stuttgarcie, od którego zacząłem uważniej się mu przyglądać, zajmował równo 50. pozycję. Wykorzystał wtedy dobrą drabinkę, doszedł do finału, a w nim postawił naprawdę twarde warunki królowi mączki – Rafie Nadalowi. Owszem, Hiszpan wygrał w dwóch setach, ale on tak wtedy jechał ze wszystkimi, więc to nie dziwiło. Wawrinka grał natomiast naprawdę dobrze, na świetnym poziomie. Wideo z finału ze Stuttgartu 2007 nie pozwala się osadzać na innych stronach. Zamiast tego macie więc powyżej nieco magii Stana. Zresztą grał tak nie pierwszy raz, ale wtedy nie wiedziałem na przykład o tym, że rok wcześniej, w Umag, wygrał turniej ATP. Też na cegle. W finale był lepszy od młodego Novaka Djokovicia, choć stało się to po kreczu. Tego wszystkiego dowiedziałem się z czasem. Początkowo moja fascynacja Wawrinką ograniczała się do prostego: też Szwajcar, też ten backhand, też swoje potrafi na korcie. Możliwe, że zapełniał to romantyczne miejsce dla tenisisty, który niekoniecznie zawsze wygrywa. Potrzebę wspierania kogoś, po kim nie można oczekiwać wielkich tytułów. A może jednak ten dzieciak poczuł, że to jest… ktoś? Raczej nie. Zakładam, że to kwestia zbiegu okoliczności i szczęścia. Bo po niemal dwóch dekadach mogę napisać z pełnym przekonaniem: podziwianie Wawrinki z trochę większymi emocjami od innych to było szczęście. Kraciaste spodenki Próbując wcielić się w rolę neutralnego fana tenisa – takiego, co to nigdy Wawrinki przesadnie nie lubił (czy to możliwe?), ale też nie miał z nim problemu – i powiedzieć, co się z nim kojarzy? Pewnie byłby to jednoręczny backhand. Wiadomo, rzecz zanikająca, coraz mniej zawodników takim gra. Stan pielęgnował go, może nawet miał najlepszy jednoręczny backhand w historii. Bo czy ktokolwiek inny generował taką siłę i potrafił zagrać nim tak płasko, a przy tym tak dokładnie? Natomiast skojarzeniem numer dwa byłyby spodenki. I tu kurtyna się podnosi, zaczyna konkretna scena: konferencja prasowa po Roland Garros. Przed dziennikarzami siada zwycięzca. Uśmiechnięty, zrelaksowany. Ma ze sobą puchar, ale ma też spodenki. Nie na sobie, w rękach. Kładzie je tuż obok trofeum, uznając poniekąd, że to też ich zasługa, cały turniej, całe to zwycięstwo. Rozmowy o stroju Stana Wawrinki na Roland Garros 2015 odejmowały przecież nieco uwagi od samego tenisa, zdejmowały presję. Stan Wawrinka i jego (nie)sławne spodenki. Fot. Newspix A ta mogła się pojawić. Stan był już co prawda mistrzem wielkoszlemowym, ale temu jego pierwszemu tytułowi – do tego jeszcze wrócimy – niektórzy lubili umniejszać. No i też podkreślano, że to mógł być jeden strzał – w erze Wielkiej Trójki miał już taki przecież Juan Martin del Potro, a w tym samym sezonie co Stan, kilka miesięcy później, swój tytuł zdobył jeszcze Marin Cilić, po którym też nikt tego nie oczekiwał. Wawrinka był dopisywany do tej listy. Dwa wielkoszlemowe tytuły wywalczył tylko przy tej wielkiej ekipie tylko Andy Murray, ten czwarty. W czerwcu 2015 roku zrobił to jednak i Wawrinka i z listy „jednostrzałowców” się wypisał. Umniejszać nie było już czemu, bo rozegrał znakomity turniej. Przez pierwsze pięć meczów przeszedł niemal bez uszczerbku – seta urwał mu tylko Dusan Lajovic w drugim meczu. Marsel Ilhan, Steve Johnson, Gilles Simon tego nie zrobili. Nie zdołał też tego dokonać Roger Federer! Jakiż to był zresztą moment dla młodszego ze Szwajcarów – owszem, wygrywał wcześniej z Rogerem dwukrotnie, ale w obu przypadkach w Monte Carlo, gdzie Roger nigdy nie wygrał (a był cztery razy w finałach i raz ograł go właśnie Stan). Wygrać z Federerem w Szlemie, w trzech setach, w znakomitym stylu? Zupełnie inna sprawa. I to wielka. Stan w dodatku na tym nie poprzestał. W półfinale odebrał nadzieję gospodarzom, pokonując w czterech partiach Jo-Wilfrieda Tsongę. Już wtedy tematem numer jeden były te spodenki, publika zgodnie uznała, że to jeden z najważniejszych elementów tego Szlema. Ba, że to one wygrały te wszystkie mecze, a Stan Wawrinka po prostu przejął ich moc! Szwajcar w zasadzie… się z tym zgodził. – Podobają mi się, te spodenki. Podobno tylko mnie (śmiech). To zabawne, że to one wygrały Roland Garros – mówił po turnieju. No właśnie, wygrały. Najlepszy w historii? Wygrały po finale z Novakiem Djokoviciem, który wcześniej – wreszcie! – pokonał na Roland Garros Rafę Nadala (a w półfinale odprawił po pięciu setach Andy’ego Murraya). Zdawało się, że to wydarzenie turnieju, że teraz skompletuje Karierowego Wielkiego Szlema. Nie było przecież innej możliwości, prawda? Jak wygrywa się z Hiszpanem na mączce, w dodatku w Paryżu, to trzeba zgarnąć trofeum. Robinowi Soderlingowi sześć lat wcześniej, owszem, się nie udało, ale tu chodziło przecież o wielkiego Novaka Djokovicia. Nole był pewniakiem do wygranej. Stan i jego spodenki mieli jednak inne plany. Pierwszy set poszedł na konto Serba. I okazało się, że tylko ten. Od drugiej partii Wawrinka zaczął grać tenis kosmiczny, niewiarygodny. Nigdy wcześniej i nigdy później w karierze – choć miał mecze wybitne – nie prezentował się tak dobrze. Jego backhand był jak idealnie nastawiona broń. Wszystko mu wychodziło. Fruwał po korcie, po prostu, a Novak mógł tylko zadawać sobie pytanie, skąd ten facet się urwał i czy to na pewno ten sam Stan Wawrinka, którego tak dobrze zna. Przecież w tamtym momencie miał z nim korzystny bilans… 17:3! Powiedzmy sobie wprost: gdyby Stan potrafił na poziomie tamtego finału być regularnie, miałby pięć, sześć, może nawet dziesięć Szlemów. Choć może wtedy nie byłyby to tak legendarne tytuły? Bo cała magia tego Roland Garros to – oprócz spodenek – właśnie fakt, że wzięło się to w zasadzie znikąd, że wszedł na ten kosmiczny poziom na czas tego jednego turnieju. Tuż przed nim odpadł… w drugiej rundzie w Genewie. Po nim – w drugiej rundzie w Queen’s. A pomiędzy tymi porażkami wygrał sobie Roland Garros. W kraciastych spodenkach i grając tenis, któremu w tamtym momencie nie dorównałby chyba nikt na świecie. I tu kolejna prywata – może to nostalgiczne, może kwestia zachwytu z tamtego spotkania, może fakt, że nigdy nie byłem fanem Novaka Djokovicia – do dziś jednak twierdzę, że gdybym miał wskazać jeden mecz i jednego tenisistę, który zagrał na najlepszym poziomie, jaki w życiu widziałem, to byłby właśnie tamten Stan Wawrinka. To też pewien rodzaj tenisowej magii. Bohater ludowy Rodzice? Ojciec rolnik i pracownik socjalny w zakładzie dla osób z niepełnosprawnościami. Matka to pedagożka. Wspólnie prowadzą rodzinne gospodarstwo w Szwajcarii. Dziadkowie od strony ojca to z kolei uchodźcy z terenów Czechosłowacji. Umknęli w 1946 roku, po wojnie, najpierw do Niemiec, potem do Szwajcarii. Przez nich ma Stan zresztą też czesko-polskie korzenie. W świecie tenisa, w którym kariery robią nawet dzieci miliarderów, to trochę inny background. Nie to, że jego rodzina była biedna – w Szwajcarii, mając własny biznes, nawet mały, o to po prostu trudno. Ale należała co najwyżej do klasy średniej. Wawrinka w zasadzie… taki właśnie jest. Pośrodku. Nigdy nie był najbardziej medialny. Raczej introwertyczny, spokojny, zachowawczy. Umie udzielić wywiadu, pośmiać się, ale najlepiej czuł się w tym tenisie po prostu wtedy, gdy w niego grał, nie musząc myśleć o innych obowiązkach. Bywało, że tenis pochłaniał go za bardzo – lata temu matka jego dziecka mówiła, że na potrzeby treningów i kariery w zasadzie porzucił córkę. Trzeba o tym pisać. To nie tak, że Stan jest nieskazitelny i ma tylko jasne strony. Tenisowo zresztą też. Mógłby zapewne wygrać znacznie więcej, gdyby o tę swoją karierę miejscami zadbał lepiej. Może zbudował nieco masy mięśniowej, popracował na siłowni? Może pogadał z psychologiem, żeby poradzić sobie z problemami, jakie miał? A jakieś miał, bo często, zwłaszcza we wczesnej fazie kariery, nie wytrzymywał meczów na styku. Z drugiej strony – czy gdyby stał się robotem, nie miał tych wad, to byłby takim bohaterem? Bo właśnie przez nie jawi się jako ta postać z ludu, z gminu, nawet jeśli z klasy średniej, to jednak ze słabostkami, jakie ma wiele osób. Mimo że uprawia sport, który jest w jakimś sensie elitarny, to jednak przypomina „zwykłego Kowalskiego” czy też – po szwajcarsku – „zwykłego Muellera”. Działa tu też ta przeciwwaga, w zasadzie do każdego z wielkich tenisistów jego czasów. To nie elegant w stylu Federera, nawet jego opanowanie na korcie bywało często inne, jakby więcej w nim było znużenia. Wybuchowość Nadala? Nie no, gdzie tam. Ekspresyjność Djokovicia? Też nie. Do Andy’ego Murraya i jego długich tyrad z narzekaniami też było mu daleko. Stan był sobą i tracił może punkty medialne, ale zyskiwał jakąś nić porozumienia z dużą liczbą fanów. Jego wielkoszlemowe mistrzostwo paradoksalnie ich do niego przybliżyło. Bo to był 2014 rok, Australian Open. Sezon wcześniej Wawrinka zagrał jeden z najlepszych meczów w karierze, w IV rundzie tego samego turnieju. I co? I przegrał w niezwykłych okolicznościach z Novakiem Djokoviciem, który potem ten turniej wygrał. Też w 2013 roku był w półfinale US Open, ale tam znów pięć setów, znów Novak i znów porażka. Zgadnijcie, na kogo trafił w ćwierćfinale w Australii na starcie kolejnego sezonu. Obaj jeszcze raz dali show, wielki mecz, taki z gatunku tych pamiętanych na lata. Tym razem jednak w piątym secie Stan nie pękł. Wygrał, 9:7, przeszedł dalej. W półfinale zagrał trudny mecz, z trzema tie-brakami i czterema setami, z Tomasem Berdychem. Też wygrał, doczłapał się do starcia o tytuł. A w nim… Rafa Nadal doznał urazu, nie był w pełni sił. Jakoś ten triumf Wawrinki stał się przez to mniejszy i nie tak wyjątkowy. Ale tu chodziło przecież o całą tę drogę! O gościa, który dobijał trzydziestki, a grał swój pierwszy finał wielkoszlemowy. Wreszcie o gościa, który pokonał tego nieszczęsnego Djokovicia i odpowiedział mu za wcześniejszy rok i za dwukrotnie złamane serca Stana i jego fanów. O ten wielki turniej, o karierę, która niespodziewanie doczekała się dopełnienia. A jednak, uraz Rafy umniejszał temu wyczynowi. Znów: bohater ludu, nieco lekceważony przez establishment, jak ten lud właśnie. Musiał Wawrinka poczekać, musiał wygrać Roland Garros 2015, a potem US Open 2016 – też z Novakiem w finale – żeby zgodnie i powszechnie go doceniono. Bo na to docenienie po prostu zasłużył. Przecież wygrał trzy Wielkie Szlemy w erze dominatorów. Tenisowa miłość Ten tekst to żadna biografia, raczej zbiór momentów. Bo Wawrinka to właśnie tenisista momentów. W karierze był w 30 finałach, wygrał tylko 16 turniejów – ale w tym trzy wielkoszlemowe. „Tylko”, bo Andy Murray, którego się często z nim porównuje (w końcu mają tyle samo Szlemów), nabił 71 finałów i 46 z nich wygrał. Widzicie więc, dlaczego Szkota jednak stawia się wyżej. Andy był regularny. Natomiast Stan wyjątkowy, bo miał wyjątkowe turnieje. Nigdy nie był najlepszym tenisistą świata, ale trafiały się turnieje, gdy tak właśnie grał. Siedem genialnych meczów, czasem nawet mniej, ale wymierzonych w idealnym momencie. Coś, co nie udało się wielu potencjalnie lepszym tenisistom, trzykrotnie stało się udziałem Stana Wawrinki. To dzięki temu Szwajcar doczekał się tego powszechnego uznania. Prawda jest jednak taka, że finalnie ono… zapewne nie było mu potrzebne. Wawrinka ma już 41 lat. Tyle, co Roger Federer, gdy oficjalnie kończył karierę, ale ten bardziej utytułowany Szwajcar ostatni faktyczny mecz zagrał jeszcze przed czterdziestką, na Wimbledonie. Stan już kilkukrotnie miał problemy zdrowotne. Nie grał w ogóle od marca 2021 do marca 2022 roku. Gdy wrócił, był 232. na świecie, potem spadł jeszcze niżej. Rok zajęło mu, żeby wdrapać się na powrót do TOP 100. Na wielkie triumfy nie miał już jednak żadnej nadziei i nie było o tym mowy. I wiecie co? Grał nadal. Ponad trzy lata. Nie obchodziło go, że w 2024 roku znowu spadł do trzeciej setki. Wrócił. Nie robiło mu problemów, że musiał przedzierać się przez kwalifikacje do niektórych turniejów. Nie obrażał się na to, że schodził na poziom Challengerów, poza główny tour. Ktoś napisze czy powie – rozmienił się na drobne. Nie no, jak rozmienił? Jego trzy tytuły wielkoszlemowe na zawsze pozostaną historią tenisa. Wielkie mecze w Australii, Francji i US Open się w niej zapisały. Novak Djoković doskonale je pamięta, bo Stan zawsze ogrywał go na drodze do wielkoszlemowego triumfu. Są w tej historii spodenki Stana, jest jego palec wycelowany w głowę, jest uśmiech na konferencji prasowej. A ostatnie lata? To po prostu gra w tenisa. Nic mniej, nic więcej. Głównie dla siebie, pewnie częściowo dla fanów. Wawrinka wychodził na kort, bo chciał to robić. To była tylko jego decyzja, nikt go nie zmuszał. Podkreślał: robię to, bo kocham ten sport, chcę grać tak długo, jak mogę. I dobrze, bo nadal – nawet jeśli głównie przegrywał – był w stanie dawać wielkie mecze, jak ten z Matteo Berrettinim na Wimbledonie (1:3, po czterech tie-breakach!). Owszem, gorzej się rusza, nie wytrzymuje wielu długich wymian, a młodsi rywale po prostu są w stanie go zabiegać. To widać. Może zrobić się szkoda dawnego mistrza. Jednak w każdym tym meczu w końcu przyjdzie ten jeden moment. Dłuższa akcja, piłka po lewej stronie kortu, Stan dobiega. Uderza backhandem po linii, nad najwyższą siatką. Piłka leci i leci, wreszcie lądując. Spada prosto w narożnik. Idealnie. Efekt? Fani się podrywają, oklaskują to na stojąco. I chyba właśnie dla takich chwil wciąż grał. Stan znów wzbudził zachwyt i fani nie wiedzą, czy to już po raz ostatni, czy jeszcze nie. Sam się uśmiechnął – może szeroko, może lekko, może tylko w głębi duszy. Uśmiechnął, bo zagrał magicznie i euforycznie zarazem. A o to w tym wszystkim chodzi. Dlatego teraz, w Bazylei, warto włączyć mecz z Jirim Lehecką. Może ostatni w tej karierze, bo solidnie od mocnego przecież Czecha oberwie. Jednak nie ma to znaczenia – jako fan Wawrinki będę ten mecz oglądać, wyczekując tego jednego momentu, jednej chwili chwały. Będę siedział przed telewizorem i w myślach mówił sobie dokładnie to, co w tytule. Po prostu: zagraj to jeszcze raz, Stan. ZOBACZ RÓWNIEŻ Hubert Hurkacz wygrywa. Dobry początek w Bazylei Koniec sezonu Igi Świątek. Jaki to był rok? Switolina rozstała się z Monfilsem. „W realiach wojny zmieniają się priorytety” Fot. Newspix Artykuł Zagraj to jeszcze raz, Stan pochodzi z serwisu weszlo.com. Artykuł Zagraj to jeszcze raz, Stan pochodzi z serwisu weszlo.com.."
Polecane przez InfoHub
Konta oszczędnościowe oferują atrakcyjne oprocentowanie i brak opłat za prowadzenie, co pozwala maksymalizować zgromadzone środki. Dostęp do środków jest szybki i wygodny dzięki przeledom internetowym oraz możliwościom wypłat w bankomatach. Pamiętaj, ostateczne warunki zależą od dostawcy.
Wielkoszlemowy mistrz tenisowy, Stan Wawrinka, przygotowuje się do ostatniego etapu swojej kariery, która zaskoczyła świat swoją nieprzewidywalnością i wielkimi momentami. Szwajcar, znany z niekonwencjonalnego stylu gry, w którym dominował jednoręczny backhand, zdobył dwa tytuły wielkoszlemowe – US Open w 2016 i Wimbledon w 2015 roku. Jego kariera, choć nie zawsze stabilna w rankingu, była pełna dramatycznych zwycięstw i porażek, które przyciągały uwagę fanów na całym świecie. Wawrinka nigdy nie był typowym zawodnikiem systemowym, co sprawiało, że jego sukcesy były tym bardziej cenione. Aktualnie, w październiku 2026 roku, po latach gry na najwyższym poziomie, podejmuje decyzję o zakończeniu kariery, co wzbudza emocje wśród kibiców i ekspertów. Jego ostatni turniej może stać się nie tylko pożegnaniem, ale także okazją do podsumowania, jak ten zawodnik wpłynął na tenisową kulturę i inspirował kolejne pokolenia tenistów. Szwajcar, mimo niekiedy chaotycznego stylu, zyskał status bohatera ludowego dzięki swojej prostocie i determinacji, które często przewyższały techniczną perfekcję innych gwiazd kortu. Jego wpływ na tenis jest trudny do przecenienia, zwłaszcza w kontekście ewolucji gry w ostatniej dekadzie, gdzie indywidualność i kreatywność stały się kluczowymi elementami sukcesu.
Decyzja Stana Wawrinki o zakończeniu kariery to nie tylko koniec ery dla jednego z najbardziej charakterystycznych zawodników w historii tenisa, ale także punkt zwrotny w dyskusji o wartości niekonwencjonalnych stylów gry. Jego sukcesy, mimo nieregularności w rankingu, pokazują, że tenis nie zawsze wymaga perfekcji technicznej, by osiągnąć wielkość. Dla społeczeństwa tenisowego Wawrinka pozostanie symbolem walki i pasji, a jego ostatnie występy mogą zainspirować młodych zawodników do poszukiwania własnej drogi w sporcie. Ponadto, jego pożegnanie z kortem wzbudza refleksję nad tym, jak media i kibice postrzegają sportowców, którzy nie są idealni, ale potrafią osiągać wyjątkowe rezultaty. W dłuższej perspektywie może to także wpłynąć na zmiany w podejściu do rekrutacji i rozwoju młodych talentów, kładąc większy nacisk na kreatywność niż na sztywną technikę. Wawrinka udowodnił, że tenis to nie tylko gra, ale także sztuka, a jego dziedzictwo będzie żyło w pamięci tych, którzy doceniali jego unikalny talent.
Komentarz Redakcji
Stan Wawrinka to dowód, że tenis nie potrzebuje tylko perfekcyjnych maszyn, by być fascynujący. Jego kariera pokazuje, że prawdziwa wielkość rodzi się z odwagi na eksperymentowanie i wierze w własny styl. To lekcja dla wszystkich, którzy uważają, że sport to tylko schematy i statystyki – czasem wystarczy serce i niekonwencjonalny talent.
ℹ️ Nota od wydawcy:
Powyższy nagłówek pochodzi z oficjalnych kanałów RSS.
Sekcje "Analiza" ,"Kontekst" oraz "komentarz" są generowane przez AI w celu przybliżenia tematu.
Bądź na bieżąco! Wszystkie najlepsze promocje w jednym miejscu!!
🍪 Dbamy o Twoją prywatność
Używamy cookies m.in. do analizy ruchu i personalizacji. Kontynuując, zgadzasz się na nasz
Regulamin oraz
Politykę Prywatności.